Nazywał się Ikar Nowak. Mieszkał w domu naprzeciw. O ile można to nazwać domem... Odrapana i waląca się ruina z zaschniętymi paprotkami w popękanych oknach, z zaśmieconym podwórkiem i spadającymi dachówkami.
Ale rozpisałem się o domu. A miałem powiedzieć o jego mieszkańcu. A jest on kimś na pewno ciekawym i poniekąd tajemniczym.
Ikar był w tym dziwnym domu odkąd pamiętam, ale zawsze pomijano jego postać w codziennych rozmowach. Kiedy moi rodzice mówili o sąsiadach, porównywali ich krzewy różane z naszymi, dzielili się drobnymi ploteczkami na temat zamieszkujących okolicę - zawsze milczeli na temat Ikara, tej dziwnej postaci z naprzeciwka.
Kiedy którejś nocy sąsiedzi urządzili grilla do późnej nocy i zachowywali się bardzo głośno, nikt nie mógł zasnąć. I nikt nie zadzwonił na policję, nikt nie poszedł z prośbą o ciszę. Następnego dnia rodzice z ponurymi minami mówili:
- Że też pani Jadzia spod osiemnastki nie zadzwoniła na policję? Przecież ona pierw-sza do tego... - wzdychała mama.
A ojciec:
- No. I nawet Robert nic nie zrobił a wiesz, jaki on porywczy.
Wtrąciłem się.
- A Ikar?
Wysłałem moje pytanie w przestrzeń i tam zostało. Rodzice wymienili lekko zaniepo-kojone spojrzenia i tato zaczął zbierać się do wyjścia do pracy, mimo że miał jeszcze dużo czasu.
- No pa, kochani.
I poszedł. Kiedy spytałem ponownie mamę o Ikara, odpowiedziała ona zagadkowo:
- Są ludzie i ludzie, Krzysiu.
Ciągle tego nie mogę zrozumieć.
*

Czemu tak unikali oni tematu Ikara? Był on tak ciekawy, mieszkał w tak niezwykłym miejscu i wiódł to wspaniałe życie, o którym nieraz marzyłem - życie samemu. Mimo to nigdy nie otrzymałem od rodziców prostej odpowiedzi na pytania o Ikara.
Ale wczoraj rodzice pojechali do znajomych. Na kilka dni. Kiedy spytali, czy chcę je-chać z nimi, odpowiadałem, że „nie, wiecie, nie bardzo”, starając się zachowywać spokój. W głębi duszy cieszyłem się bardzo z ich wyjazdu, bo wreszcie będę sam.
Kiedy tylko drzwi się za nimi zatrzasnęły, pobiegłem do telewizora i włączyłem roz-bierany kanał. Pamiętam, jak ojciec go zakodował, ale nie wiedział, że dla mnie to żaden problem odwrócić jego działania. Dlatego korzystałem z tego wtedy, kiedy byłem sam.
Właśnie leciały reklamy i spojrzałem smętnie przez okno na dwór. Było spokojne po-łudnie, sobota. Młodsze ode mnie dzieci bawiły się na ulicy, sąsiad podlewał trawnik. Ktoś śmi-gnął na motorynce.
I wtedy go zobaczyłem. Właśnie wychodził z domu, przeciągnął się rozkosznie i po-patrzył na dzieci bawiące się na ulicy. Wyraz jego twarzy zmienił się momentalnie. Ikar szybko odwrócił się i wszedł z powrotem do domu.
*

Wyłączyłem telewizor. Nie było nic równie fascynującego, jak Ikar. Obserwowałem go wtedy, kiedy tylko mogłem. I choć nigdy nie zrobił on niczego frapującego, nigdy nie zachwy-cił nikogo swym wyglądem, to w jego postaci był dziwny magnetyzm. Nikt nie umiał przejść obok niego obojętnie.
Nigdy nie widziałem go z bliska, ale wiem, jak wygląda jego twarz. Delikatne, niemal kobiece rysy przykrywa jasna broda, a wielkie, smutne oczy patrzą spod niemal niewidocznych brwi.
Stałem w oknie i czekałem, czy się znów pojawi. Po kilku minutach dojrzałem jego smutne oczy w jego oknie. Patrzył na dzieci i co chwilę tarł oczy rękawem brudnej koszuli. Na parapecie, tuż obok jego głowy, stała butelka z płynem o nieokreślonej barwie. Wziął ją do ręki i jednym haustem wypił jej zawartość.
Ten pan nie jest szczęśliwy, pomyślałem. I to nie dlatego, bo mieszka w tym ob-skurnym domu. On do czegoś tęskni. Coś mu zabrano.
Pomyślałem, co byłoby, gdybym to ja był Ikarem, którego nikt nie kocha. Nagle poczułem się tak samotnie, że zacząłem płakać. Najpierw cichutko, potem wybuchnąłem pła-czem. Czemu życie jest tak okrutne? Czemu ponosimy skutki grzechów innych? Patrzyłem przez łzy na ten dziwny świat, na ulicę i ruderę naprzeciwko. Tam był Ikar, człowiek, który cierpiał.
Ja nie chcę, żeby tak było! Nie umiem się cieszyć swym szczęściem.

*
Następnego dnia wstałem, zrobiłem sobie improwizowane śniadanie i znów nie umiałem znaleźć sobie miejsca. Coś mnie męczyło w środku. Nie mogłem siedzieć bezczynnie.
Znów pomyślałem o Ikarze, o jego życiu i o tym, co mu zabrano. Gdybym tylko wiedział... Ale co by to zmieniło?
Aby oderwać się od swych niewesołych myśli, chwyciłem pierwszą książkę, jaka była w zasięgu moich rąk i zacząłem przerzucać jej kartki. Szybko się okazało, że to nie żadna książka, ile album rodzinny. Zwykle nie cierpiałem przeglądania setek pozowanych zdjęć, bo w ogóle nie widziałem w nich podobieństwa do życia. A czemu służą zdjęcia?
Ale dziś musiałem mieć jakieś zajęcie dla myśli. Zdjęcia ślubne, z miodowego mie-siąca, budowa domu. Naszego domu.
Zacząłem przyglądać się dokładniej zdjęciom z tego okresu. Tutaj tato z cegłą, tu wujek z wiaderkiem, jacyś nieznani ludzie. Na jednym zdjęciu dojrzałem dom naprzeciw. Już tam wtedy był. I wyglądał o niebo lepiej niż teraz.
Pomalowany na biało, z dokładnie wystrzyżonym trawnikiem, z kwiatami na pa-rapetach i firankami w oknach.
Kto tutaj mieszkał wcześniej? - spytałem sam siebie, nie wiem, dlaczego. Na na-stępnym zdjęciu znów widać było ten dom, z tym że o wiele wyraźniej, dom nie był uchwycony przypadkowo. Na ganku stała mała dziewczynka i machała do tego, kto robił zdjęcie.
Choć to się działo tu, gdzie mieszkam od urodzenia, to te zdjęcia przedstawiały coś obcego dla mnie.
Kilka stron dalej przyklejone były zdjęcia z jakiegoś grilla. Zdjęcie robił chyba mój tato, bo nie ma go na nim. Przy ogrodowym stoliku siedział jakiś pan, obok niego jakaś kobieta, chyba jego żona. Śmiali się i patrzyli w stronę mamy, która siedziała w fotelu i tuliła do piersi małe zawiniątko. Domyśliłem się, że to mały ja. Przypatrzyłem się dokładniej temu zdjęciu, bo zobaczyłem na nim kogoś znajomego. Tym kimś była dziewczynka, która stała przy fotelu mamy i z ciekawością na twarzy patrzyła na mnie.
Ta dziewczynka...
Przerzuciłem parę kartek do tyłu i znów zobaczyłem ją na ganku domu naprze-ciwko. Ta dziewczynka tam mieszkała, a na grillu była ona i jej rodzice.
Wróciłem do zdjęć z grilla. Przyjrzałem się delikatnym rysom mężczyzny, weso-łym oczom, wypielęgnowanej bródce i poznałem go. To był Ikar.

*
Nazajutrz podszedłem do okna, aby popatrzeć na dom naprzeciwko, ale coś inne-go przykuło moją uwagę. Do domu tuż obok rudery wprowadziła się nowa rodzina. Pani, pan i mała dziewczynka. Przypominała mi...
Tak, przypominała mi córeczkę Ikara. To ona? Skąd, odrzuciłem tę myśl. Przecież to było dziesięć lat temu, a nowa sąsiadka ma kilka lat. Może to jego wnuczka? Chyba nie... Córka albo syn Ikara przywitaliby się z ojcem... Chyba że bardzo go nienawidzą.
Dziewczynka rozglądała się ciekawie dokoła, ale mama pociągnęła ją za rączkę i poszła w stronę drzwi. Pani otworzyła kluczem drzwi i obie weszły do środka. Pan wypakował coś jeszcze z samochodu i poszedł w stronę drzwi. Po drodze spojrzał na dom obok i skrzywił się.

*
Po dwunastej do drzwi zapukała ciocia Beba. Nikt nie wiedział, jak ona ma na imię, bo wszyscy mówili na nią Beba, tak, jak jej mama mówiła na nią - to po jugosławiańsku „dziecko”. Lubię ją, bo zawsze przynosi coś słodkiego, mówi takim dziwnym językiem i ma zaw-sze mnóstwo starych historyjek do opowiadania. Ale dzisiaj ciekawiło mnie tylko jedno.
- Ciociu? Czy wiesz może...
- Dzień dobry, dziecko.
- Dzień dobry. Czy wie ciocia, co...
- Są rodzice?
- Nie, pojechali do Piątkowa. Czy wie może ciocia - tu ściszyłem głos. - czemu wszyscy tak nie lubią Ikara?
- Ikara? - ciocia się zdziwiła, usiadłszy przy stole.
- No, tego z naprzeciwka.
- A, biedaczek... - skojarzyła ciocia.
- No więc... Czemu go nie lubią?
Ciocia spojrzała na mnie dziwnie.
- Nie lubią? Ja go bardzo lubię!
To jest odpowiednia osoba, pomyślałem. A głośno powiedziałem:
- To czemu on jest tak samotny, nikt o nim nie mówi, nikt do niego nie przycho-dzi, a na zdjęciach sprzed dziesięciu lat jest u nas na grillu, jak gdyby nigdy nic?
Ciocia oparła się na oparciu krzesła.
- Nie ma chyba nikogo tak pechowego, jak ten człowiek...
- Co się mu stało? - spytałem i usiadłem naprzeciw niej.
- Kilka lat temu jechał z żoną i dzieckiem samochodem. Źle skierował, podobno był pijany. Samochód wpadł do rzeki i żona z dzieckiem utonęli.
To było dla mnie silne uderzenie.
- Ale.. Jak to się stało? Czemu on ich nie uratował, tylko siebie?
- On poza żoną i dzieckiem życia nie widział! - powiedziała Beba smutnym gło-sem. - To był dla niego cios...

*
Wszystko się wyklarowało. Wiedziałem niemal całą prawdę. Ikar się stoczył. Był tak nieszczęśliwy, że dziw, że ciągle żyje. Słabszy człowiek już dawno by sobie odebrał życie, albo zabrałoby mu je żal.
Znów popatrzyłem przez okno. Na ulicę wybiegła właśnie dziewczynka i zaczęła skakać na skakance. Poczułem, że zaraz coś się stanie.
Drzwi rudery się otworzyły i wyszedł przez nie Ikar. Popatrzył na dziewczynkę i coś w nim drgnęło. Nie było tego widać. To się wiedziało.

*
Ikar podszedł ostrożnie do dziecka, które stało samotnie na ulicy. W jego oczach malowało się wiele uczuć - zdumienie, strach i rozpacz.
Dziewczynka nie bała się go. Patrzyła na nieznajomego ciekawie.
A on szedł dalej, coraz bliżej dziewczynki. Kiedy zbliżył się na tyle, że mógłby jej dotknąć, zatrzymał się. Powoli kucnął, a jego głowa znalazła się na tym samym poziomie, co głowa dziewczynki.
Na jego twarzy pojawiły się nagle zmarszczki, a ramiona zadrżały. Co się stało? Przyjrzałem się dokładniej.
Wtedy zobaczyłem, że płacze. Jeszcze nigdy nie widziałem płaczącego dorosłego mężczyzny. A on płakał, patrząc na zdumioną dziewczynkę. Wielkie łzy spływały mu po twarzy, a ramiona ciągle drżały, jakby od stłumionego łkania.
Otworzył usta i powiedział coś do dziewczynki. Nie usłyszałem, co to było i cią-gle tego nie wiem.
Patrzyła oniemiała na niego, ale nie zrobiła nic.
W tym momencie otworzyło się okno w domu dziewczynki i jej mama miała chy-ba ją zawołać, ale zobaczyła kucającego przed nią Ikara i krzyknęła coś.
Dziewczynka się odwróciła, a Ikar zwiesił głowę. Już nie hamował płaczu.
Kobieta wybiegła przez drzwi domu i podbiegła do dziewczynki. Szybko wzięła ją na ręce i zaczęła coś krzyczeć do Ikara. Ciągle nie słyszałem słów i miałem już tego dość. Uchyli-łem okno.
- ...ją dotkniesz, a zadzwonię na policję! Słyszysz?
Ale Ikar sprawiał wrażenie, jakby wcale nie słyszał. Ciągle płakał i powoli osunął się na ulicę.
Kobieta poszła do domu i trzasnęła drzwiami. A Ikar leżał na ulicy.
Płakał.
Ja też.