Felieton festynowy (bądź festyniczny)
Taaa. Impra. Umpa umpa um pa-pa. Świetna impreza. Najświetniejsze są jednak imprezy typu festyn. Po prostu poezja.
Do niewątpliwych uroków takich imprez z pewnością należy subtelna i ambitna muzyka sącząca się z głośników. Nie wiem, czy słowo „sącząca” jest odpowiednie dla strumienia wody porównanego z wodospadem Niagara, ale niech będzie.
Lecz czym byłby festyn bez hektolitrów piwa w plastikowych kuflach, które po zużyciu walają się po mieście dwa dni po zakończeniu festynu? Odpowiadając na pytanie - niczym. Piwo. Jednym słowem wszędzie.
Cóżby tu jeszcze nadmienić... ah, zapomniałbym! Co powiecie na dzieci i młodzież, które radośnie spacerują miastem przerywając hałas z głośników wielkości trzydrzwiowej szafy dźwiękiem z plastikowej trąby długości kija baseballowego? Co powiecie na to? Ja najchętniej dziecko, które tam rozkosznie ryczy mi do ucha z jaskrawożółtej trąby, przycisnąłbym do serca.
Te wszystkie elementy składają się na niepowtarzalną atmosferę festynów miejski, których w roku jest, chwalić Boga, dwa. Cudo!
A propos atmosfery - na festynach dołącza się do niej dym z trzystu papierosów palonych jednocześnie przez dwustu dziewięćdziesięciu palaczy. Jak to możliwe? Pomyślcie.